Odkąd pamiętam, namiętnie się odchudzam. Przerobiłam już chyba ze sto diet, każda istny cud! … I wyszło mi z obliczeń, że gdybym za każdym razem straciła choć kilogram, to do tej pory bym pewnie… znikła. I dlaczego ja się tak katuję? A z powodu cech gatunkowych moje panie, bo my, kobiety, od dziecka tkwimy w przeświadczeniu iż potośmy się urodziły, aby cierpieć w milczeniu oraz nieustannie się poświęcać. Zaczynamy już w szkole - aby piątki, aby szóstki i pomóc koledze, bo nie daje rady biedaczek. Potem praca - za mniejszą kaskę niż wspomniany już chłoptaś, ale za to obowiązków więcej! Następnie małżeństwo. Wiecie jak facet definiuje słowo „kompromis”? - „Podziel moje zdanie, kochana, bo to przecież ja mam rację”. I tak brniemy niebogie, coraz dalej w ten kierat poświęceń, wyrzeczeń i kompromisów, niczym ogarnięte szaleństwem lemingi skaczące do oceanu… Wiecie, chyba zarządzę przerwę w cierpieniu i sok z pomarańczy, który miałam wypić zamiast kolacji… użyję do drinka.

